Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubiony produkt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubiony produkt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lipca 2017

Księżniczkowy błysk - My Secret Face Illuminator Powder

Cześć cześć! :D 
Ach, rozświetlacze... Jeszcze rok temu uważałam, że rozświetlacze nie są dla mnie, bo mam mieszaną cerę i jak to będzie wyglądać? Minął rok i od tamtej pory używałam już...Pięciu :D Miałam te najbardziej kultowe w całej blogosferze z niskiej półki cenowej - Wibo Diamond Illuminator czy Lovely, ale oba nie zachwyciły mnie na tyle, aby używać ich nadal. Szukałam czegoś nowego i postanowiłam kupić bardzo bardzo chwalony My Secret face illuminator powder w kolorze o nazwie Princess Dream.  Pewnie łatwo się domyśleć, że musiał mi się również bardzo spodobać. :D
Opakowanie jest takie zwykłe, plastikowe, nic szczególnego - raczej dość wytrzymałe skoro jest ze mną już długo długo (tak z pół roku chyba). :D Rozświetlacz jest dość spory, ma 7,5 grama. Napisy się nie starły, ale możecie zauważyć na zdjęciach, że sam produkt w środku jest już trochę styrany - widać jak często go używam. :D
Ma bardzo przyjemną konsystencję, jest taki... gładki i nie pyli, o ile za mocno nie będzie się grzebało pędzlem :D Przez to, że My Secret to wypiekany rozświetlacz to nie widać praktycznie zużycia - widzę tylko, że taka "górka" się zmniejszyła i coraz bardziej się spłaszcza. :D 
Kolor ma bardzo ładny - według producenta jest to kolor ciepłego beżu, który pasuje do każdego typu urody. Ja mam ciepłą karnację i myślę, że właśnie na takiej będzie wyglądać najładniej. :) Rozświetlacz opalizuje na mocne złoto i ma ciepłe tony. Na twarzy nie widać drobinek oraz nie tworzy żadnych plam, rozprowadza się wręcz idealnie. :D Nakładam go pędzlem Hakuro H15 (tak na marginesie - uwielbiam ten pędzel! Zastanawiam się nad kupnem drugiej sztuki :D) na szczyty kości policzkowych i od czasu do czasu na łuk Kupidyna i delikatnie na nos. Zdarza mi się przesadzić z ilością rozświetlenia na kościach policzkowych, ponieważ produkt ma naprawdę świetną pigmentację, więc ostrzegam - uważajcie, ile go nakładacie :D
A jak z trwałością? Wiele zależy od podkładu, jakiego używacie oraz pudru, ale jeśli obie te rzeczy długo się trzymają to i rozświetlacz utrzymuje się cały dzień. :D 
A teraz przechodzimy do najlepszej części, czyli ile za takie cudo musimy zapłacić i gdzie da się je kupić? Dostępny jest tylko i wyłącznie w Drogeriach Natura i kosztuje około 13-15 zł, ale często są promocje i możecie go wtedy kupić za około 8 złotych, więc według mnie to bardzo mało jak na tak genialny produkt - nie wiem, czy są jakieś lepsze rozświetlacze w podobnym kolorze jak ten :D
Jakie rozświetlacze Wy lubicie? Używacie ich na co dzień czy ta moda Was nie dopadła? :D Ostatnio widziałam na YT bardzo ciekawy kolor rozświetlacza MUA Undress Your Skin - niebieski! Jeśli chcecie go zobaczyć to możecie kliknąć TUTAJ - myślę, że kiedyś będzie mój :D

Miłego wieczoru,
Ewka :D

piątek, 29 stycznia 2016

Golden Rose Velvet Matte nr 02 i 12 - pomadki na szóstkę?

Cześć, cześć! :)
Ostatnie 3 dni są bardziej produktywne niż całe 2 tygodnie ferii. :D W końcu się zmobilizowałam i usiadłam do chemii przerabiając przy tym cały dział poświęcony pochodnym węglowodorów (matko, musiałam aż się przespać z estrami, bo mój mózg przestał chyba pracować :D). Z niemieckiego też nareszcie coś ruszyłam, bo pouczyłam się trochę słówek, pogadałam sama do siebie i zaczęłam powtarzać rekcję. Przeczytałam też pierwszy rozdział lektury na polski - brawo ja! :D
W ferworze pakowania na wyjazd zapomniałam zabrać ze sobą aparat, więc musiałam improwizować z moim telefonem - myślę, że wyglądają całkiem nieźle mając na uwadze fakt, że wszystkie zdjęcia prócz ust były robione przy sztucznym świetle, ale ocenę pozostawiam Wam. :) Niestety mam ważenie, że jakość zdjęć po wgraniu się popsuła - czy to wina Bloggera czy jakość jest do niczego? :D
Kilkanaście dni temu w ulubieńcach roku pokazywałam Wam matowe pomadki Golden Rose z serii Velvet Matte. Swoją pierwszą sztukę w kolorze 02 dostałam od Fram w ramach Mikołajek, natomiast numer 12 kupiłam sobie sama jakiś czas temu na Ladymakeup. Jeśli jesteście ciekawi, jak te kolory prezentują się na moich ustach i czy mam jakieś zastrzeżenia co do samych produktów to czytajcie dalej. :)
Opakowania Velvet Matte są całkiem normalne za wyjątkiem ich naprawdę fajnego sposobu otwierania - skuwki delikatnie zsuwają się do końca i twardo siedzą na swoich miejscach, nie przemieszczając się nawet podczas podróży.
Jak pewnie zauważyłyście na zdjęciach te same produkty mają różne loga, ale wynika to po prostu ze zmiany, jaką przeprowadziła firma Golden Rose. :) Mi zarówno jedno, jak i drugie się podoba.
O zapachu chyba nie warto wspominać, bo nie zwraca na siebie większej uwagi - taki ot, szminkowy, ale nie babciny, mniej nachalny po prostu. Niestety, muszę przyznać z bólem serca, że nie są to najsmaczniejsze pomadki na świecie :D Nie wiem nawet, jak określić ich smak - mocno słodkawy połączony ze smakiem szminki. Niezwykle charakterystyczny i z tym przede wszystkim kojarzą mi się Velvet Matte. :D
Rozpisałam się o smaku, ale to przecież działanie jest najważniejsze! Aplikacja szminki na usta jest niezwykle prosta i bezproblemowa. Sztyft gładko po nich sunie, ale trzeba uważać, aby nie wyjechać poza kontur ust, co przy matowych pomadkach jest bardzo widoczne. Jeśli szybko poprawicie niewielki błąd to nie będzie śladu, ale trzeba to robić bardzo sprawnie, ponieważ pigment łatwo wgryza się w usta i gdy już do tego dojdzie to tylko płyn do demakijażu sobie z tym poradzi. :)
Według producenta są to produkty matowe, ale moim zdaniem ich wykończenie jest satynowe W KIERUNKU matowego. Nie są tępe (choć pierwsze 2-3 użycia zwiastowało coś zupełnie innego), a usta po ich noszeniu nie wyglądają jakoś szczególnie źle (ale przyznaję bez bicia, że nie używam ich codziennie). Ich niezwykła kremowość przekłada się na komfort noszenia. Pomadki nie wylewają się poza kontur ust, nawet ten ciemniejszy kolor. :)
Co z ich trwałością? Jest naprawdę dobra, szczególnie numer 12 trzyma się dość długo na ustach. Podczas jedzenia zjada się pierwsza warstwa, ale pigment ciągle pozostaje. :) Musicie jednak wiedzieć, że całodziennej/całonocnej imprezy nie wytrzyma. Poprawek bez lusterka w przypadku 12 bym nie proponowała, z 02 może się to udać nawet w "polowych" warunkach. :D
Od góry: 02,12
Golden Rose Velvet Matte 12 to mój niekwestionowany ulubieniec okresu jesienno-zimowego. W tonacji kolorystycznej przypomina mi poniekąd Rimmel nr 19 z serii Kate Moss z tą różnicą, że Rimmel był zdecydowanie mniej trwały. :) Zdjęcia w pełni nie oddają uroku tego koloru, na żywo ładnie podkreśla kolor moich włosów i oczu - mam wrażenie, że idealnie pasuje do mojej urody. :D
02 to brudny róż, idealny dzienny kolor. W żadnym wypadku nie jest trupi i przy mojej karnacji wygląda dość naturalnie. :)
O czym jeszcze nie wspomniałam? Zdecydowanie o ich cenie, która wręcz szokuje, jeśli zestawimy ją z jakością, jaką otrzymujemy. Za 4,2 g szminki płacimy około 13 zł. Velvet Matte możecie kupić w sklepach stacjonarnych, na ich firmowych wysepkach, w internecie czy też w małych, osiedlowych sklepikach :)
Moim zdaniem Velvet Matte to genialny produkt za stosunkowo niską cenę. Szkoda tylko, że w moim mieście nie ma ich stoiska, bo na pewno więcej produktów Golden Rose znalazłoby się w mojej kosmetyczce. :)

Na pewno znacie te pomadki, ale czy używałyście już ich? Jaki jest Wasz ulubiony kolor? :)
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Czym się myje Shrek? Może grecką pianką Organique? :D

Hej! :)
Mimo, że na razie nie mam przy sobie jeszcze swojego urządzenia do zgrywania zdjęć (został u dziadków, ale już idzie! :D) to nowy post się pojawi. :) Na komputerze znalazłam zaległe zdjęcia i postanowiłam je wykorzystać. Produkt chyba już przewinął się w denku, ale nie doczekał się własnej recenzji, a szkoda, bo myślę, że jest tego wart. :)
Skład
Na rynku znajdziemy wieeele produktów, które mają za zadanie w czasie brania prysznica wyszczuplić nas, usunąć cellulit, nawilżyć skórę, wprowadzić w dobry nastrój, ukoić skórę (i nerwy), posprzątać nam mieszkanie i ugotować obiad. Pianka do mycia ciała Organique zapewnia, że podczas kąpieli nawilży ciało i ukoi lub pobudzi zmysły. Do wyboru, prócz mojego greckiego zapachu, są wersje: Afryka, kolonialna, mleko, pomarańcza oraz nowość - lawenda z cytryną, na którą specjalnie się czaję. :D  Wiem, że może część zapachów będzie ciężko sobie wyobrazić, ale sklepy Organique zaopatrzone są w testery, dzięki czemu każdy zapach może sobie powąchać (i to nie tylko pianek! To jest po prostu genialne, bo nie wszędzie mamy taką możliwość).
 
 Pianka dostępna jest w dwóch wersjach pojemnościowych - 100 oraz 200 ml, które nie różnią się między sobą niczym prócz wielkością opakowania. Obydwa są plastikowe w kształcie słoika z wieczkiem, które ma wytłoczone logo firmy. Próbowałam to uwiecznić, ale zdjęcia wychodziły zbyt przyciemnione. :( Generalnie podczas upadku nic się nie dzieje, a plastik jest w sam raz. No i najważniejsze - naklejki się nie odrywają pod wpływem wody czy wilgoci! :) Praktycznie opakowanie mimo stania pod prysznicem wygląda jak nowe. :)
 Ja tu pitu-pitu o opakowaniu,a przecież najważniejsza jest zawartość! Otóż piankowa konsystencja okazała się idealna pod prysznic, nie za gęsta, aczkolwiek, gdy dłużej postała pod prysznicem to robiła się bardziej zbita i ciężej wyciągało się produkt ze słoiczka (dlatego nie wyobrażam sobie innego opakowania). Producent zaleca nakładanie pianki gąbką lub bezpośrednio na skórę i wmasowywanie jej okrężnymi ruchami, aby uzyskać puszystą pianę. Ja gąbki nie używam, ale mogę Wam powiedzieć, że dłońmi spokojnie uzyskacie ten efekt, ale czy ja wiem, czy piana jest puszysta? Moim zdaniem lepszym określeniem byłaby kremowa i to tak porządnie (fest :D) kremowa! Sama przyjemność z mycia, kwintesencja wszystkiego, idealna na wieczór po ciężkim dniu. :) Do tego na parę sekund zmienia nas w pięknego ogra z bagien - Shreka! :D Nie ma problemu ze zmyciem, produkt schodzi naprawdę szybko i bezproblemowo, nie barwi prysznica, a dodatkowo skóra zostaje nawilżona tak, że w zasadzie można zrezygnować z balsamu po kąpieli (wow!). :)
A zapach? Nie wiem, większość dziewczyn wspomina, ze jest on słodki, owocowy, część, że to przecież oliwki lub winogrona... Ja nie czuję nic z tych rzeczy. :D Ciężko mi go określić, ale baaaardzo mi się spodobał i na dodatek miałam też puder do kąpieli o tym samym zapachu,a  teraz czaję się na kulę (kule Organique też polecam - świetnie nawilżają skórę i nieziemsko pachną!). Grecki aromat czuć pod prysznicem i zostaje na skórze na moment, ale zdecydowanie na krótszy niż w przypadku kul do kąpieli. :) 
Jeśli sądzicie, że ten maluszek starczy może na 5 użyć to jesteście w błędzie, bo to mimo wszystko wydajny produkt, o ile nie przesadzicie z ilością. :) 

100 ml kosztuje 16 zł, a 200 ml 29,99 zł,a dostaniecie je w sklepach Organique w całej Polsce oraz w ich sklepie internetowym KLIK. Zdecydowanie ten produkt podbił moje serce i rozbudził chęć posiadania jeszcze większej ilości produktów tej firmy. Na szczęście w moim mieście znajduje się ich sklep stacjonarny, więc zawsze mogę do niego podejść. :)

Używałyście kiedykolwiek takich pianek do mycia? :)
I pytanie z innej beczki - kto tak jak ja nie może się doczekać losowania grup Ligi Mistrzów? Jakieś typy? :D
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

L'oreal Volume Milion Lashes So Couture - recenzja. :)

Czeeeść! :))
Muszę się Wam na coś poskarżyć. :D 4 dni temu pomalowałam paznokcie (KLIK) i niestety lakier Golden Rose następnego dna już był delikatnie starty, a wczoraj częściowo odpadł z paznokcia. Jestem trochę zaskoczona, bo lakiery tej marki zawsze dobrze się trzymają, a ten kolor robi problemy. :( Szkoda, bo jest naprawdę ładny, więc będzie się nadawał tylko na jakieś jedno-dwudniowe wybryki. :D
Dzisiaj mam dla Was recenzję tuszu do rzęs, który bardzo sobie upodobałam, a to nie jest zbyt łatwe przy moich biednych, małych rzęsach. Kiedyś tam, dawno, dawno temu miałam okazję używać podstawowej wersji Volume Milion Lashes od L'oreal i bardzo mi się spodobał, więc przy okazji rosmannowej promocji i z okazji świąt postanowiłam sprawić sobie wersję So Couture. Co mnie w nim tak urzekło? :)
Opakowanie jest bardzo ładne, fioletowo-złote z literami, które mimo intensywnej eksploatacji nie zdrapały się (wielki plus!). Z tyłu pokazane jest, jak wygląda szczoteczka, co teoretycznie ma pomóc w uniknięciu otwierania opakowania (ale i tak wiadomo, jak to wygląda w rzeczywistości :P) w drogeriach. Tusz można spokojnie postawi gdzieś w toaletce np. na blacie, bo dzięki płaskiemu dołowi nic się nie przewraca.
Ta wersja wyróżnia się na tle pozostałych wersji Volume Milion Lashes tym, że według producenta pachnie czekoladą i to prawda! Może to nie jest taka czekolada, jaką możemy spotkać w innych kosmetykach, ale zapach na pewno jest słodki i lekko kakaowy. Czuć go podczas malowania rzęs, ale szybko się ulatnia. :)
Wygląd szczoteczki mi osobiście bardzo odpowiada. Jest silikonowa, elastyczna, zwężana ku dołowi z niedużymi włoskami równej długości. W porównaniu do oka wypada dobrze, nie jest jakaś ogromna, ale do najmniejszych też nie należy. ;) Czasami zdarza mi się delikatnie pobrudzić górną powiekę, ale wystarczy suchy patyczek kosmetyczny, chwila moment i już nie ma czarnych kropek. :)
1 zdjęcie - nic (mam dość spore ubytki na prawym oku, lewe zawsze wygląda ładniej :D,  2 i 3 zdjęcie - 1 warstwa

Ale zapach, szczoteczka czy opakowanie nic nie poradzą, gdy efekt bywa marny. Na szczęściu tutaj tego nie ma, rzęsy po pomalowaniu wyglądają naprawdę dobrze! Sama nie wymagam też od tuszu nie wiadomo czego, nie potrzebuję efektu sztucznych rzęs, ale z drugiej strony te rzęsy mają być widoczne. :D So Couture ładnie rozdziela rzęsy i je wydłuża, nie zauważyłam za to pogrubienia. Wysycha w miarę szybko, więc można po chwili malować drugą warstwę. :) Myślę, że trzy warstwy to maksimum, ja najczęściej poprzestaję na jednej, czasem na dwóch.
Czerń jest taka, jaka powinna być, czyli czarna czarna, a nie czarna wyblakła. :D Rzęsy po pomalowaniu nie są sztywne.
Trwałość tuszu to coś zaskakującego, bo nigdzie na opakowaniu nie ma napisane, że jest to produkt wodoodporny, a jednak tak się właśnie dzieje. Niestraszny mu deszcz czy łzawienie oczu, spokojnie wytrzymuje cały dzień na rzęsach bez odbijania się czy osypywania. Nie wiem, jak sprawuje się na dolnych rzęsach, bo ich nie maluję. ;)
1 zdjęcie - 2 warstwy, 2 zdjęcie - 3 warstwy+dolne
Zapomniałam wspomnieć o jego konsystencji. Początkowo jest dość mokry i w związku z tym problematyczny, ale po upływie 2-3 tygodni sytuacja się poprawia i produkt spisuje się idealnie (swój egzemplarz otworzyłam pod koniec maja). :))
L'oreal Volume Milion Lashes So Couture nie należy do najtańszych - kosztuje około 60 zł w drogeriach stacjonarnych, ale warto pamiętać, że w internecie możecie go dostać nawet i do 30 zł taniej. Jeśli jednak wolicie zakupy stacjonarne to warto poczekać do jakiś większych promocji. :) Ja od siebie tusz gorąco polecam i myślę, że warto się na niego skusić. Aktualnie to mój ulubiony tego typu kosmetyk i nie wyobrażam sobie jego zmiany, natomiast w zapasie mam jeszcze dwa tusze, które zużyję i z powrotem wrócę do tego ulubieńca. :)

Jakie tusze należą do Waszych ulubionych? 
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

środa, 12 sierpnia 2015

Kolorowe lato na ustach z kredkami Bourjois Color Boost. :)

Czeeeść! :D
Dzisiaj wybrałam się na basen i stwierdzam, że basen bez zjeżdżalni, kryty i z niewielką ilością ludzi jest naprawdę spoko. :D Do tego wybrałam się jeszcze do Biedronki po zeszyty (instagramowicze wiedzą, jakie kupiłam :D), a na koniec wstąpiłam do biblioteki. Zobaczyłam, że mają Więźnia labiryntu, ale nie było aktualnie pierwszej części, a szkoda, bo jestem ciekawa tego bestselleru (najlepszego seleru :P). Wzięłam za to Kwiaty na poddaszu oraz Miasto44 - po raz pierwszy mam książkę napisaną na podstawie filmu. :D
edit: to wszystko miało miejsce w poniedziałek...Brak internetu spowodował małe obsunięcie w czasie publikacji postu. ;)

A przechodząc do tematu... To, że jestem miłośniczką wszelkich błyszczyków i pomadek wiadomo nie od dziś, więc szminki w postaci kredki do ust musiały trafić i w moje ręce. Sięgnęłam po te z Bourjois, bo były bardzo polecane. Czy to był dobry wybór? ;)
Opakowanie jest dość porządne, ale z jedną wadą - napisy ścierają się dość szybko. Pomarańczową kredkę mam od roku i jak widzicie z napisów nie zostało praktycznie nic. Fuksjowa jest w moim posiadaniu od końca kwietnia i już powoli spotyka ją taki sam los, jak jej poprzedniczkę, a musicie widzieć, że takich rzeczy nie oszczędzam. :D Jeżdżą ze mną wszędzie, walają się po kosmetyczkach, torebkach, torbach, kieszeniach, pudełkach i to chyba wszystko. :D  Ale, co najważniejsze, żadna się nie połamała, zakrętki są całe, mechanizm wykręcania działa bez zacinania, więc jest dobrze.
Nie wiem, czy zauważycie (niestety nie zauważycie, bo nie mam zdjęcia :( ), ale pomarańczowy wkład jest dość mocno hm... sponiewierany. :D Wynika to z tego, że chwilami mam pewne problemy z koordynacją swoich ruchów i nie potrafię trafić w nakrętkę. :D
Pachnie słodko, jakby owocowo, bardzo przyjemnie, a do tego równie dobrze smakuje, choć może do smaku dodana jest nutka takiej szminki - chyba wiecie, o co mi chodzi. :D
03 Orange Punch
Kolor można stopniować, zależy od humoru. :) Orange Punch nie jest tak mocno pomarańczowy, jak kolor opakowania - to delikatny kolor, świetny na co dzień i lato. Fuchsia Libre to kolor mocniejszy, ale ostatnio noszę go najczęściej, bo świetnie komponował się np. z moją weselną kreacją czy niebieską, wakacyjną sukienką. :)
Trwałość pomadek jest zadowalająca - jest to koło 4-5 godzin, ale kolory lubią "wżerać się" w usta, więc mimo, że błysk zniknie to kolor pozostaje - delikatniejszy, lecz nadal daje znać o swojej obecności. Jeśli chodzi o problemowość z wylewaniem się poza kontur ust itd. to takowej nie zanotowałam, aczkolwiek myślę, że do fuksji przydałaby się jakaś konturówka. Produkt nie wysusza ust.
Fuchsia Libre
Color Boost to genialny produkt, który po prostu uwielbiam! Nie wyobrażam sobie w tym momencie lata bez nich, bo to coś pomiędzy błyszczykiem a typową szminką. To coś idealnie spisuje się na aktualne upały, bo praktycznie ich nie czuć podczas noszenia i nie wyglądają na ustach "ciężko". Dostępne są w drogeriach z szafami Bourjois np. Rossmann, Hebe czy Superpharm w cenie około 27 złotych. :)

Miałyście z nimi kiedykolwiek styczność? :)
Pozdrawiam, Fabryczna

Etykiety

-40% -49% #100happydays 20 twarzy... AA akcja Alterra Alverde ankieta astor Avon Babydream back to school Balea bardzo dobry Bath&Body Works baza pod cienie baza pod makijaż baza pod tusz BeautyBlender Bell Benefit Biedronka Bielenda Biolaven Organic Bioliq Biotanic bitwa Blistex blogerka kosmetyczna błyszczyki Boti Bourjois Boże Narodzenie bubel bzdety CandA Carmex Catrice Cetaphil cienie do powiek cień w kremie Cleanic Color Tattoo coś innego Czas Żniw Cztery Pory roku Czytelniczy zakamarek książkowy debiut demakijaż denko Dermika deser dłonie DM Dove dwufazowiec dzieciństwo Dzień babci i dziadka Dzień Dziecka ekobieca ekstrakt z banana emulsja EOS Epikbox Essence Eveline Evree Facebook Farmona FC Bayern film filmiki Fusswohl Garnier gazetka gąbeczka do makijażu genialny Gliceryna Golden Rose Green Pharmacy Hakuro HandM Healthy Mix hebe hydrolizat keratyny Hypoallergenic I<3Makeup idealny na lato informacja Inglot inne inne blogi Isana jedzenie Joannna John Green Joko kakao Kamill kamuflaż kino Kobo kolorówka korektor kosmetyczka kotek kredka do ust krem do rąk krem do stóp krem do twarzy krem pod oczy krzywe paznokcie lepiej nie patrzeć książka książka czy film kultura KWC L'biotica l'oreal lakier do paznokci Lirene lista lotion Lovely małe co nieco małe informacje Manhattan Marion maseczka masełka maska maska własnej roboty masło maxfactor Maybelline mgiełki Mikołajki mini-recenzje minti shop. Zoeva Miss Selene Miss Sporty Mizon mleczko pszczele Montagne Jeunesse mój pierwszy raz mus do ciała muzyka My Secret nagrody najlepsi z najlepszych Nakręćmy się na wiosnę Natura Natura Siberica nic Niebanalne podsumowanie Nivea nowa kolekcja nowe książki nowy wygląd o mnie odkrycie roku odżywka odżywka do rzęs odżywka w sprayu olejek olejek do włosów ołtfit Organic Shop Organique Oriflame Original Source Orly Orsay OSZUSTKA P2 Pantene paznokcie Paznokciowy Team peeling Pepco Perfecta pędzle pianka do mycia ciała piaskowy pielęgnacja pielęgnacja twarzy pielęgnacja włosów Pierre Rene Pilomax płyn micelarny po raz drugi Podaruj Paczkę podkład podsumowanie pomadka porównanie postanowienie powitanie Poznaj Fabryczną! prawie debiut prezent promocja promocje przesyłki puder recenzja recenzja książki rimmel Rival de Loop Rossmann rozdanie rozświetlacz różne sally hansen Samantha Shannon saszetka Schauma Sekret Urody Sensique Serum siemię lniane słodycze Soraya stopy Super-Pharm Synergen szablon szampon szminka Święta Tag taka radość że hoho tanie a dobre The Body Shop The Sims 4 The Versatile Blogger Tkmaxx Tołpa ToniandGuy tonik tort tusz do rzęs Tutti Frutti twarz ubrania ulubieńcy roku ulubiona książka ulubione blogi ulubiony produkt Under20 urodziny Wet N Wild Wibo włosowe zdjęcia włosy wow zdążyłam na czas wszystko co lubię wycofywane produkty wygrana wyniki wysuszacz do paznokci/lakieru wyzwanie wzorek Yoskine YouTube Yves Rocher z życia wzięte zabawy zakupy zapowiedź zdobienie zestawienie Ziaja Zoeva żel do mycia twarzy żel pod prysznic życzenia
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka