Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KWC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KWC. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2015

Czym się myje Shrek? Może grecką pianką Organique? :D

Hej! :)
Mimo, że na razie nie mam przy sobie jeszcze swojego urządzenia do zgrywania zdjęć (został u dziadków, ale już idzie! :D) to nowy post się pojawi. :) Na komputerze znalazłam zaległe zdjęcia i postanowiłam je wykorzystać. Produkt chyba już przewinął się w denku, ale nie doczekał się własnej recenzji, a szkoda, bo myślę, że jest tego wart. :)
Skład
Na rynku znajdziemy wieeele produktów, które mają za zadanie w czasie brania prysznica wyszczuplić nas, usunąć cellulit, nawilżyć skórę, wprowadzić w dobry nastrój, ukoić skórę (i nerwy), posprzątać nam mieszkanie i ugotować obiad. Pianka do mycia ciała Organique zapewnia, że podczas kąpieli nawilży ciało i ukoi lub pobudzi zmysły. Do wyboru, prócz mojego greckiego zapachu, są wersje: Afryka, kolonialna, mleko, pomarańcza oraz nowość - lawenda z cytryną, na którą specjalnie się czaję. :D  Wiem, że może część zapachów będzie ciężko sobie wyobrazić, ale sklepy Organique zaopatrzone są w testery, dzięki czemu każdy zapach może sobie powąchać (i to nie tylko pianek! To jest po prostu genialne, bo nie wszędzie mamy taką możliwość).
 
 Pianka dostępna jest w dwóch wersjach pojemnościowych - 100 oraz 200 ml, które nie różnią się między sobą niczym prócz wielkością opakowania. Obydwa są plastikowe w kształcie słoika z wieczkiem, które ma wytłoczone logo firmy. Próbowałam to uwiecznić, ale zdjęcia wychodziły zbyt przyciemnione. :( Generalnie podczas upadku nic się nie dzieje, a plastik jest w sam raz. No i najważniejsze - naklejki się nie odrywają pod wpływem wody czy wilgoci! :) Praktycznie opakowanie mimo stania pod prysznicem wygląda jak nowe. :)
 Ja tu pitu-pitu o opakowaniu,a przecież najważniejsza jest zawartość! Otóż piankowa konsystencja okazała się idealna pod prysznic, nie za gęsta, aczkolwiek, gdy dłużej postała pod prysznicem to robiła się bardziej zbita i ciężej wyciągało się produkt ze słoiczka (dlatego nie wyobrażam sobie innego opakowania). Producent zaleca nakładanie pianki gąbką lub bezpośrednio na skórę i wmasowywanie jej okrężnymi ruchami, aby uzyskać puszystą pianę. Ja gąbki nie używam, ale mogę Wam powiedzieć, że dłońmi spokojnie uzyskacie ten efekt, ale czy ja wiem, czy piana jest puszysta? Moim zdaniem lepszym określeniem byłaby kremowa i to tak porządnie (fest :D) kremowa! Sama przyjemność z mycia, kwintesencja wszystkiego, idealna na wieczór po ciężkim dniu. :) Do tego na parę sekund zmienia nas w pięknego ogra z bagien - Shreka! :D Nie ma problemu ze zmyciem, produkt schodzi naprawdę szybko i bezproblemowo, nie barwi prysznica, a dodatkowo skóra zostaje nawilżona tak, że w zasadzie można zrezygnować z balsamu po kąpieli (wow!). :)
A zapach? Nie wiem, większość dziewczyn wspomina, ze jest on słodki, owocowy, część, że to przecież oliwki lub winogrona... Ja nie czuję nic z tych rzeczy. :D Ciężko mi go określić, ale baaaardzo mi się spodobał i na dodatek miałam też puder do kąpieli o tym samym zapachu,a  teraz czaję się na kulę (kule Organique też polecam - świetnie nawilżają skórę i nieziemsko pachną!). Grecki aromat czuć pod prysznicem i zostaje na skórze na moment, ale zdecydowanie na krótszy niż w przypadku kul do kąpieli. :) 
Jeśli sądzicie, że ten maluszek starczy może na 5 użyć to jesteście w błędzie, bo to mimo wszystko wydajny produkt, o ile nie przesadzicie z ilością. :) 

100 ml kosztuje 16 zł, a 200 ml 29,99 zł,a dostaniecie je w sklepach Organique w całej Polsce oraz w ich sklepie internetowym KLIK. Zdecydowanie ten produkt podbił moje serce i rozbudził chęć posiadania jeszcze większej ilości produktów tej firmy. Na szczęście w moim mieście znajduje się ich sklep stacjonarny, więc zawsze mogę do niego podejść. :)

Używałyście kiedykolwiek takich pianek do mycia? :)
I pytanie z innej beczki - kto tak jak ja nie może się doczekać losowania grup Ligi Mistrzów? Jakieś typy? :D
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

L'oreal Volume Milion Lashes So Couture - recenzja. :)

Czeeeść! :))
Muszę się Wam na coś poskarżyć. :D 4 dni temu pomalowałam paznokcie (KLIK) i niestety lakier Golden Rose następnego dna już był delikatnie starty, a wczoraj częściowo odpadł z paznokcia. Jestem trochę zaskoczona, bo lakiery tej marki zawsze dobrze się trzymają, a ten kolor robi problemy. :( Szkoda, bo jest naprawdę ładny, więc będzie się nadawał tylko na jakieś jedno-dwudniowe wybryki. :D
Dzisiaj mam dla Was recenzję tuszu do rzęs, który bardzo sobie upodobałam, a to nie jest zbyt łatwe przy moich biednych, małych rzęsach. Kiedyś tam, dawno, dawno temu miałam okazję używać podstawowej wersji Volume Milion Lashes od L'oreal i bardzo mi się spodobał, więc przy okazji rosmannowej promocji i z okazji świąt postanowiłam sprawić sobie wersję So Couture. Co mnie w nim tak urzekło? :)
Opakowanie jest bardzo ładne, fioletowo-złote z literami, które mimo intensywnej eksploatacji nie zdrapały się (wielki plus!). Z tyłu pokazane jest, jak wygląda szczoteczka, co teoretycznie ma pomóc w uniknięciu otwierania opakowania (ale i tak wiadomo, jak to wygląda w rzeczywistości :P) w drogeriach. Tusz można spokojnie postawi gdzieś w toaletce np. na blacie, bo dzięki płaskiemu dołowi nic się nie przewraca.
Ta wersja wyróżnia się na tle pozostałych wersji Volume Milion Lashes tym, że według producenta pachnie czekoladą i to prawda! Może to nie jest taka czekolada, jaką możemy spotkać w innych kosmetykach, ale zapach na pewno jest słodki i lekko kakaowy. Czuć go podczas malowania rzęs, ale szybko się ulatnia. :)
Wygląd szczoteczki mi osobiście bardzo odpowiada. Jest silikonowa, elastyczna, zwężana ku dołowi z niedużymi włoskami równej długości. W porównaniu do oka wypada dobrze, nie jest jakaś ogromna, ale do najmniejszych też nie należy. ;) Czasami zdarza mi się delikatnie pobrudzić górną powiekę, ale wystarczy suchy patyczek kosmetyczny, chwila moment i już nie ma czarnych kropek. :)
1 zdjęcie - nic (mam dość spore ubytki na prawym oku, lewe zawsze wygląda ładniej :D,  2 i 3 zdjęcie - 1 warstwa

Ale zapach, szczoteczka czy opakowanie nic nie poradzą, gdy efekt bywa marny. Na szczęściu tutaj tego nie ma, rzęsy po pomalowaniu wyglądają naprawdę dobrze! Sama nie wymagam też od tuszu nie wiadomo czego, nie potrzebuję efektu sztucznych rzęs, ale z drugiej strony te rzęsy mają być widoczne. :D So Couture ładnie rozdziela rzęsy i je wydłuża, nie zauważyłam za to pogrubienia. Wysycha w miarę szybko, więc można po chwili malować drugą warstwę. :) Myślę, że trzy warstwy to maksimum, ja najczęściej poprzestaję na jednej, czasem na dwóch.
Czerń jest taka, jaka powinna być, czyli czarna czarna, a nie czarna wyblakła. :D Rzęsy po pomalowaniu nie są sztywne.
Trwałość tuszu to coś zaskakującego, bo nigdzie na opakowaniu nie ma napisane, że jest to produkt wodoodporny, a jednak tak się właśnie dzieje. Niestraszny mu deszcz czy łzawienie oczu, spokojnie wytrzymuje cały dzień na rzęsach bez odbijania się czy osypywania. Nie wiem, jak sprawuje się na dolnych rzęsach, bo ich nie maluję. ;)
1 zdjęcie - 2 warstwy, 2 zdjęcie - 3 warstwy+dolne
Zapomniałam wspomnieć o jego konsystencji. Początkowo jest dość mokry i w związku z tym problematyczny, ale po upływie 2-3 tygodni sytuacja się poprawia i produkt spisuje się idealnie (swój egzemplarz otworzyłam pod koniec maja). :))
L'oreal Volume Milion Lashes So Couture nie należy do najtańszych - kosztuje około 60 zł w drogeriach stacjonarnych, ale warto pamiętać, że w internecie możecie go dostać nawet i do 30 zł taniej. Jeśli jednak wolicie zakupy stacjonarne to warto poczekać do jakiś większych promocji. :) Ja od siebie tusz gorąco polecam i myślę, że warto się na niego skusić. Aktualnie to mój ulubiony tego typu kosmetyk i nie wyobrażam sobie jego zmiany, natomiast w zapasie mam jeszcze dwa tusze, które zużyję i z powrotem wrócę do tego ulubieńca. :)

Jakie tusze należą do Waszych ulubionych? 
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

środa, 12 sierpnia 2015

Kolorowe lato na ustach z kredkami Bourjois Color Boost. :)

Czeeeść! :D
Dzisiaj wybrałam się na basen i stwierdzam, że basen bez zjeżdżalni, kryty i z niewielką ilością ludzi jest naprawdę spoko. :D Do tego wybrałam się jeszcze do Biedronki po zeszyty (instagramowicze wiedzą, jakie kupiłam :D), a na koniec wstąpiłam do biblioteki. Zobaczyłam, że mają Więźnia labiryntu, ale nie było aktualnie pierwszej części, a szkoda, bo jestem ciekawa tego bestselleru (najlepszego seleru :P). Wzięłam za to Kwiaty na poddaszu oraz Miasto44 - po raz pierwszy mam książkę napisaną na podstawie filmu. :D
edit: to wszystko miało miejsce w poniedziałek...Brak internetu spowodował małe obsunięcie w czasie publikacji postu. ;)

A przechodząc do tematu... To, że jestem miłośniczką wszelkich błyszczyków i pomadek wiadomo nie od dziś, więc szminki w postaci kredki do ust musiały trafić i w moje ręce. Sięgnęłam po te z Bourjois, bo były bardzo polecane. Czy to był dobry wybór? ;)
Opakowanie jest dość porządne, ale z jedną wadą - napisy ścierają się dość szybko. Pomarańczową kredkę mam od roku i jak widzicie z napisów nie zostało praktycznie nic. Fuksjowa jest w moim posiadaniu od końca kwietnia i już powoli spotyka ją taki sam los, jak jej poprzedniczkę, a musicie widzieć, że takich rzeczy nie oszczędzam. :D Jeżdżą ze mną wszędzie, walają się po kosmetyczkach, torebkach, torbach, kieszeniach, pudełkach i to chyba wszystko. :D  Ale, co najważniejsze, żadna się nie połamała, zakrętki są całe, mechanizm wykręcania działa bez zacinania, więc jest dobrze.
Nie wiem, czy zauważycie (niestety nie zauważycie, bo nie mam zdjęcia :( ), ale pomarańczowy wkład jest dość mocno hm... sponiewierany. :D Wynika to z tego, że chwilami mam pewne problemy z koordynacją swoich ruchów i nie potrafię trafić w nakrętkę. :D
Pachnie słodko, jakby owocowo, bardzo przyjemnie, a do tego równie dobrze smakuje, choć może do smaku dodana jest nutka takiej szminki - chyba wiecie, o co mi chodzi. :D
03 Orange Punch
Kolor można stopniować, zależy od humoru. :) Orange Punch nie jest tak mocno pomarańczowy, jak kolor opakowania - to delikatny kolor, świetny na co dzień i lato. Fuchsia Libre to kolor mocniejszy, ale ostatnio noszę go najczęściej, bo świetnie komponował się np. z moją weselną kreacją czy niebieską, wakacyjną sukienką. :)
Trwałość pomadek jest zadowalająca - jest to koło 4-5 godzin, ale kolory lubią "wżerać się" w usta, więc mimo, że błysk zniknie to kolor pozostaje - delikatniejszy, lecz nadal daje znać o swojej obecności. Jeśli chodzi o problemowość z wylewaniem się poza kontur ust itd. to takowej nie zanotowałam, aczkolwiek myślę, że do fuksji przydałaby się jakaś konturówka. Produkt nie wysusza ust.
Fuchsia Libre
Color Boost to genialny produkt, który po prostu uwielbiam! Nie wyobrażam sobie w tym momencie lata bez nich, bo to coś pomiędzy błyszczykiem a typową szminką. To coś idealnie spisuje się na aktualne upały, bo praktycznie ich nie czuć podczas noszenia i nie wyglądają na ustach "ciężko". Dostępne są w drogeriach z szafami Bourjois np. Rossmann, Hebe czy Superpharm w cenie około 27 złotych. :)

Miałyście z nimi kiedykolwiek styczność? :)
Pozdrawiam, Fabryczna

sobota, 25 lipca 2015

Jagodowe chmury na niebieskim tle - Golden Rose Rich Color :)

Heeej! :))
Uff, chyba nareszcie mogę liczyć na spokojny wieczór po równie niespokojnym dniu. Od samego rana nękają mnie burze - jedna przetoczyła się rano,a druga po południu. Dobrze, że jednak wczoraj zrobiłam te zdjęcia, bo bym się dzisiaj zdziwiła. :D 
Macie coś przeciwko, gdybym na blogu wprowadziła więcej książek? Ostatnio skończyłam 3 naprawdę interesujące pozycje (w tym jedna to po prostu mistrzostwo świata, recenzja już gotowa, będzie po weekendzie) i muszę się z Wami nimi podzielić (więc wychodzi na to, że i tak zrobię po swojemu :D).
A dzisiaj możecie poczytać o dwóch lakierowych odkryciach, czyli Golden Rose Rich Color. :)
Lakiery standardowo mieszczą się w szklanych buteleczkach po 10,5 ml każdy. Do tego srebrne nakrętki, na których zostają paluchy - tak wygląda każde opakowanie lakierów z serii Rich Color. Proste, ładne, nie ma co się rozwodzić za szczególnie nad nimi. :D
Pędzelek jest szeroki, dzięki czemu nakładanie lakieru to sama przyjemność - przy mojej płytce wystarcza jedno do dwóch pociągnięć. ;) To chyba dlatego uwielbiam tę serię Golden Rose - ta niebywała łatwość w nakładaniu lakieru jest świetna. A potem ciężko jest mi się przestawić na inne rodzaje pędzelków. :D 
Zdecydowanie moim ulubieńcem jeśli chodzi o kolor został nr 14, czyli piękna, ciemna jagoda. To odcień dość elegancki i okropnie mi się podoba. Idealnie kryje po dwóch warstwach, w przeciwieństwie do swojego błękitnego kolegi o numerze 68, który potrzebuje nawet 3 warstw, ale nie zawsze. ;) Ich wspólnymi cechami na pewno jest to, że schną wręcz w trybie ekspresowym, nie zostawiają smug ani nie robią innych brzydkich rzeczy. Wydaje mi się, że jagoda będzie delikatnie barwiła paznokcie, bo już raz musiałam jeden paznokieć zmyć i płytka została lekko jagodowa.
Na zdjęciach lakier został dodatkowo pokryty Insta-Dri od Sally Hansen, o którym też będę szykować post, bo to genialny top coat, któremu czasami coś się przytrafia, ale i tak jest godny polecenia :))
Lakier na paznokciach u rąk trzyma mi się od środy, czyli mija czwarty dzień i do tej pory jest w stanie idealnym, ale nie zdziwię się, jeśli to zasługa Insta-Dri, bo już nieraz się o tym przekonałam. :)
Numer 68 otrzymałam od Frambuesy w paczce z jednej z akcji blogowych,a  nr 14 nawet nie wiem, skąd się wziął - krótka pamięć. :D Lakiery z Golden Rose to koszt około 6 zł za buteleczkę świetnej jakości produktu. To jedne z moich ulubionych lakierów i cieszę się, że u siebie w mieście mam miejsce, gdzie mogę je bez problemu dostać w normalnej cenie. ^^

Znacie lakiery z tej serii? Jakie kolory najbardziej lubicie? :)
Pozdrawiam,
Fabryczna :))
P.S Jak po losowaniu grup na eliminacje MŚ w Rosji? Jesteście zadowolone czy może średnio Wam się to widzi? Która grupa z Europy będzie najciekawsza? :D

czwartek, 2 lipca 2015

Podkład znowu powchodził w pory? Nie tym razem!

Cześć :)
Wśród tego całego zamieszania z pakowaniem wakacyjnym znalazłam trochę czasu na napisanie tego i kolejnych postów, aby na tym blogu nie wiało nudą przez dwa tygodnie. Nie wspominałam Wam chyba tego, ale w sobotę z samego rana wyjeżdżam na lotnisko w Modlinie, a stamtąd wyruszamy prosto na gorącą Teneryfę. :) 5 godzin w samolocie! Nie wiem, jak ja to przetrzymam. :D Liczę na to, że będzie warto. Chcecie fotorelację po powrocie? :) 
Przechodząc do tej właściwej części...Osoby z rozszerzonymi porami na pewno znają ten ból, gdy podkład jest praktycznie idealny, kolor świetnie pasuje i generalnie super hiper, a na przeszkodzie stoją Wam ONE. Duże, małe, bez makijażu średnio widoczne, ale po nałożeniu podkładu magicznie się aktywują jak po wciśnięciu jakiegoś pilota. Czy jest na to sposób? Ano jest. Na dodatek niedrogi - Bell Hypoallergenic baza wygładzająco-matująca pod makijaż. 
Nazwa nie brzmi Wam znajomo? Nic dziwnego. Krótko przed -49% promocją w Rossmannie w placówkach tej sieci pojawiły się nowe szafy nie standardowego Bell, a nowego z dodatkowym członem "Hypoallergenic". Wydaje mi się, że asortyment jest dość podobny do starego Bell, choć zostały wprowadzone pewne zmiany. Dziewczyny na wizażowym wątku podczas tej dużej przeceny bardzo zachwalały bazy z tej firmy. Za "różową", czyli wygładzająco-matującą trochę się nabiegałam, ale w końcu udało mi się ją dorwać. ^^
Design całej serii bardzo mi się podoba - jest prosto i ładnie, czyli tak jak powinno być. Opakowanie jest plastikowe (lżejsza niż szklane!) z czarną pompką, co ułatwia aplikację produktu.
Zapach ciężko mi określić, zresztą jak zwykle. :D Przypomina mi on krem, ale nie jest to zapach kremu Nivea czy Dove. Z dodatkiem czegoś lekko perfumowanego. Jeśli znajdziecie gdzieś testery, to powąchajcie (najlepsza rada). :D W każdym razie jest przyjemny i nie przeszkadza, i nie utrudnia życia. :)
Na całą twarz najczęściej nakładałam 1 lub 1,5 pompki i dla mnie była to wystarczająca ilość. Po nałożeniu produktu już w czasie dotykania twarzy można wyczuć obiecane wygładzenie. Wszelkie nierówności czy powiększone pory zostają wypełnione i spokojnie mogę nakładać podkład bez obawy, że w moich pięknych "kraterach" zbierze się nadmiar produktu. Niewiarygodny komfort, który docenią osoby z podobnymi problemami. Co do obiecanego matu... Ja go za szczególnie nie widzę szczerze mówiąc. Efekt uaktywnia się dopiero po nałożeniu czegoś kolorowego na twarz, ale mat zapewniony jest minimalnie na dłużej niż bez bazy, więc tutaj różnicy nie ma.
Czy baza wysusza, podkreśla suche skórki ecetera? Nie, nie i jeszcze raz nie! To na pewno komfortowa baza, która w zasadzie może być używana nawet przez osoby ze skórą skłonną do przesuszeń. Nie czuję żadnego ściągnięcia ani nie zapycha porów, lecz muszę zaznaczyć, że nie używam jej codziennie tylko max. 2 razy w tygodniu lub nawet rzadziej. Zapomniałam jeszcze o czymś? Ach tak! Przedłuża trwałość makijażu. :)
Za 30 ml bazy zapłacimy około 25 zł w cenie regularnej, więc to chyba nie jest dużo. :) Możecie ją zakupić na pewno w Rossmannach, ale pamiętajcie, że nie we wszystkich znajduje się ta szafa. :)
Jaki jest mój oficjalny werdykt? BARDZO, BARDZO dobry. Mimo, że baza nie matuje za szczególnie (a w zasadzie to tyle, co nic) to zyskała moją sympatię dobrym ukrywaniem porów.

A Wy czego używacie, aby wasze pory były jak najmniej widoczne? A może je po prostu zaakceptowałyście? :) 

Pozdrawiam po raz ostatni przedwyjazdowo, 
Fabryczna :D
P.S Myślę, że gdy mnie nie będzie pojawi się kolejny filmik, tym razem z zakupami, jakie poczyniłam ostatnio. Wzięłam sobie do serca Wasze rady i jest jakieś tysiąc razy głośniej, a do tego zmieniłam kadr i chyba mniej macham (choć i tak to robię, ale w mniejszym stopniu :D). Nie zmieniła się tylko długość, ale może jeszcze coś da się wyciąć albo podzielę go na dwie części. :D Gaduła ze mnie chyba. :D

czwartek, 19 lutego 2015

"Cetaphil nadaje się do wszystkiego" - obiecanki-cacanki czy prawda?

Cześć :)
Jeej, jutro wyjeżdżam do Warszawy na weekend! :)) Co prawda plan wyjazdu musiał ulec małej zmianie (zdarzenie losowe, w zasadzie nikt się nie spodziewał tego i pewnie gdyby nie to, że zapłaciliśmy już za noclegi to nigdzie byśmy nie pojechali...), ale prawdopodobnie uda mi się odhaczyć dwa najważniejsze punkty wyjazdu - kupno prezentu oraz zwiedzanie Muzeum Powstania Warszawskiego. :) To drugie marzyło mi się już od paru lat, więc w końcu uda mi się spełnić małe marzenie. :)
Tymczasem zapraszam Was na recenzję produktu, który jest moim niezbędnikiem. :)
Cetaphil MD Dermoprotektor sprzedawany jest w 250 ml opakowaniu. Otwarcie jest małe, w wielkości złotówki, a te "pałąki" z tyłu nie urwały się. Nic się nie wylewa w zbyt dużej ilości, chyba że naciśniemy baaardzo mocno butelkę, której poziom twardości oceniam na średni. Na samym końcu występuje malutki, malusieńki problem - ciężko wydobyć resztę produktu. Na głowie nie można postawić, bo końcówka jest lekko zaokrąglona, więc prawdopodobnie jedynym słusznym rozwiązaniem byłoby przecięcie opakowania na pół.
Naklejki nie odklejają się od opakowania, wszystko wygląda estetycznie od początku do końca. :)
Jak sam producent deklaruje na opakowaniu produkt jest bezzapachowy, ale czuć taką "kremową" nutę zapachową. :)
Konsystencja kremu na pierwszy rzut oka wydaje się być mocno płynna i wodnista.To się zgadza i faktycznie trzeba uważać, by nie wysmarować wszystkiego wkoło (zawsze można zatrzeć ślady w razie ewentualnego wypadku :D), ale dzięki temu produkt wchłania się błyskawicznie pozostawiając na skórze ochronną warstwę, która znacząco różni się od znienawidzonych przeze mnie parafinowych warstw.
Zanim rozpiszę się o działaniu wspomnę o tym, jak go stosowałam. Cetaphil używam regularnie, (prawie) po każdej kąpieli/prysznicu w okolice zgięć łokci, a czasami nawet na całe ciało. Gdy byłam chora, a mój biedny nos maltretowałam kilogramami chusteczek aż pojawiły się suche skórki, również stosowałam ten produkt. Od biedy nakładam go na twarz. Podsumowując - krem ma szerokie zastosowanie. :)
Najlepszy efekt widzę podczas stosowania go wokół zgięć. Moja liszajce są mniej suche, a chwilami bywa tak, że widać tylko zaczerwienienie. Nawet Decubal, po którym tak płakałam, nie działał takich cudów! Jestem zaskoczona i zarazem bardzo, bardzo zadowolona tak samo jak mój nos, ponieważ Cetaphil pomógł w usunięciu brzydkich, suchych skórek. Nie nastąpiło to z dnia na dzień, ale wiadomo - mało co działa tak "od razu". Do reszty twarzy jako krem na noc sprawdza się jako tako.  Nie zapchał mnie, nie zrobił mi krzywdy, ale po przebudzeniu cera wyglądała na bardzo tłustą. Miałam ochotę od razu pobiec do łazienki i umyć twarz żelem.
Cena Cetaphilu oscyluje w granicach 30 zł. Dostępny jest głównie w aptekach, Superpharm oraz przez internet. Jeśli borykacie się z problemem suchej lub wrażliwej skóry i czujecie, że nic Wam nie pomaga to warto zainwestować w ten krem. Pierwsze opakowanie starczyło mi na jakieś 4 -5 miesięcy, więc wydajność jest całkiem dobra. :)

Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Kobieta zmienna jest, czyli małe sprostowanie nt They're Real od Benefitu

Cześć. :)
W lutym pisałam o tuszu do rzęs z Benefitu They're Real! Dlaczego znowu podejmuję ten temat? Wtedy stwierdziłam, że tusz nie jest wart swojej wygórowanej ceny. Zmieniłam swoje zdanie. Nie wyobrażam sobie innego tuszu jak on. Ale zacznijmy od początku...
Opakowanie swojego wyglądu nie zmieniło (tylko trochę z boku ufajdałam je tuszem, ale to się nie liczy :D). Dalej zachowuje się jak lustro, dalej opakowanie mieści 8,5 g produktu (ile jest w środku - nie mam pojęcia). 
Szczoteczka dalej taka sama..Dalej silikonowa, elastyczna, dosyć duża. Włoski tej samej długości. Co jakiś czas szczoteczka nabiera jakąś taką grudkę przez co tak operuję szczoteczką, by przypadkiem ta grudka nie znalazła się na rzęsach, bo wtedy to krzyż i kaplica. :D
Konsystencja nie jest już tak mokra jak wcześniej, choć teraz, gdy tusz już kończy swój żywot, robi się coraz bardziej sucha, ale jeszcze trochę pożyje chyba. ;) 
Efekt teraz (po PRAWIE 6 miesiącach) jest słabszy niż na początku, ale i tak mnie zadowala. ;) Największe chwile uniesienia tusz miał koło maja-czerwca, kiedy to był moim ulubieńcem. ;) Teraz zresztą też jest i nie wyobrażam sobie bez niego makijażu, a to głównie ze względu na jego...
TRWAŁOŚĆ! Wytrzymuje cały dzień, deszcz mu nie straszny, po prysznicu biedak trochę się załamuje, ale nie spływa falami. :D Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam, KOCHAM za to! :D 
Oczywiście nie zmywa się zbyt łatwo, ale to nic. :D 
Kolor to prawdziwa, najprawdziwsza, głęboka czerń. :)) 

Podsumowując - tusz wart każdych pieniędzy. KAŻDYCH. Warto zainwestować, choć They're Real to coś jak Original Source - albo kochasz albo nienawidzisz. :)

Macie jakieś niezawodne tusze? Albo kosmetyki, co do których zdanie zmieniłyście po jakimś czasie? :))
P.S Link do pierwszej recenzji --> KLIK
Pozdrawiam, 
Fabryczna :))
P.S Post opublikowany został automatycznie. Aktualnie jestem hen, hen daleko, za górami, za lasami.. Nie no żartuję. :D Jestem na wakacjach w Finlandii, wracam 11 sierpnia. Na komentarze i pytania postaram się odpowiedzieć po powrocie. :) Czekajcie cierpliwie i mam nadzieję, że będzie Wam mnie brakowało. :D 

sobota, 8 lutego 2014

Olejek arganowy + błyszczyk = ?

Hej :)
Te osoby, które znają mnie dłużej może wiedzą, że lubię zarówno błyszczyki jak i pomadki. W tych pierwszych cenię sobie ten "odmładzający" dar - w błyszczykach wyglądam bardziej beztrosko. :)
Pomadki/szminki nadają się na bardziej "wieczorowe" wyjścia czy większe imprezy. Po błyszczyki chwytam też, gdy nie mam za wiele czasu na makijaż - zazwyczaj są półtransparentne, więc nie muszę się zbytnio starać w nakładaniu ich. :)
Dzisiaj o jednym z moich faworytów w tej kategorii - Eveline Lovers Ultra Shine Lipgloss z olejkiem arganowym nr 610. 
W bardzo ładnym opakowaniu dostajemy 7,5 ml produktu, który powinniśmy zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia. Na zakrętce znajduje się naklejka, która informuje nas o o zawartości olejku arganowego. Z ciekawości zaczęłam szukać składu - nigdzie go nie znalazłam. Aż tu dosłownie przed chwilą odkleiłam naklejkę i zobaczyłam skład! I zgadza się - gdzieś w połowie składu można znaleźć składnik o nazwie Argania Spinosa Kernel Oil, czyli olej arganowy.
Aplikator jest bardzo fajny - płaski i podłużny. Bardzo dobrze nakłada produkt i nie nabiera go zbyt wiele. Plus dla Eveline! :)
Zapach to czysta poezja. Jest słodki i właściwie nie przypomina mi żadnego konkretnego produktu spożywczego.
 Jeśli dobrze przypatrzymy się błyszczykowi to dostrzeżemy małe, złote drobinki. Na ustach w ogóle ich nie widać,a tym bardziej nie migrują nam one po całej twarzy. Sama też nie jestem fanką błyszczyków z drobinami złota czy srebra, a szczególnie jeśli 10 minut po aplikacji cała twarz się błyszczy, bo brokat się rozniósł i postanowił zrobić sobie wycieczkę. :P
Błyszczyk należy do tych półtransparentnych, czyli kolor głównie jest tylko w opakowaniu, a na ustach trochę blednie. :) Niestety fanki  nieklejących się błyszczyków muszę zmartwić - to nie ten typ, to nie ten typ... Niestety, klei się - może nie bardzo, bardzo, ale się klei. Dla mnie to nawet dobra wiadomość, bo:
KLEI SIĘ = TRWAŁY 

Mówiłam Wam już, że lubię matematykę, prawda? Dziwne...Tyle piszę i lubię pisać i nawet mi to wychodzi, a jednocześnie bardzo lubię matematykę czy biologię. :D Jestem umysłem pół humanistycznym, pół ścisłym. :D
Dobra, wróćmy do meritum, bo znając życie znowu pominęłyście ten fragment wpisu i poszłyście sobie oglądać zdjęcia - cóż, nie wiecie co tracicie. :D 
Upsss, chyba coś nie wyszło. :D

Wspomniałam parę linijek wcześniej, że klejący błyszczyk trzyma się lepiej ust. Eveline godzinę po aplikacji przestaje się już tak ładnie świecić, ale taka warstewka ochronna zostaje. Ostatecznie produkt żegna się z naszymi ustami mniej więcej po 2 godzinach, co jest nawet dobrym wynikiem. Oczywiście jest to czas mierzony bez jedzenia i picia za to z dużą ilością gadania. :) 
Zapomniałam dodać, że błyszczyk świetnie nawilża usta, dlatego chętnie używam go zimą - nawet, gdy już całkowicie zejdzie z ust to czuć, że są miękkie i nawilżone. :)
Pewnie oglądając to zdjęcie będziecie się zastanawiały, gdzie jest ten kolor?! Właściwie to nie wiem gdzie :D Wyparował, ale w zależności od światła potrafi pokazać różne twarze - czasami jest jasny, nawet bardzo, a kiedy indziej jest taki jak w opakowaniu. Magia! :D 

Ja dorwałam go na słynnej już rossmannowej promocji -40%. Jego regularna cena w Rossmannie wynosi 13,59 zł, więc całkiem przystępnie. Na pewno będę polowała na więcej odcieni - szczególnie podoba mi się 614 i 612. Sprezentuje mi go ktoś? :D 

Wiem, że błyszczyki nie mają za wielu fanów. Lubicie je czy raczej to nie dla Was? :)

Pozdrawiam, Fabryczna :)
P.S Zapomniałam napisać, że napisy nie ścierają się.

wtorek, 4 lutego 2014

Co jest białe i nawilża?

Heeej :)
Tytuł zapewne nie będzie sucharem roku (-Co robią lekarze w kuchni? - Leczo!) (-Czemu choinka po świętach jest najedzona? - Bo jodła!), ale że nawiązuje do tematu wpisu (i jest wymyślony przeze mnie :D) to postanowiłam go tu umieścić.
Dzisiaj o kremie nawilżająco-rozśwetlającym pod oczy AA Wrażliwa Natura 20+.
Tubka z kremem o pojemności 15 ml jest zapakowana w kartonik. Szata graficzna bardzo mi się podoba. Patrząc na nią, myślę o naturze. I chyba taki był właśnie zamysł producenta. Jeśli coś nam się kojarzy z naturą to wiadomo, że myślimy iż skład również jest naturalny. Nie wiem na ile to prawda, ponieważ się na tym nie znam, więc dla zainteresowanych wrzucam zdjęcie składu: 
Tubka jest odkręcana i ma taką malutką dziurkę do aplikowania produktu (niech mnie ktoś oświeci jak to się nazywa :D). 
Konsystencja jest lekka, wodnista.Wchłania się szybko, nie pozostawiając lepkiej warstewki. 
Krem właściwie nie pachnie.
Od kremu nie wymagam wielkiego nawilżenia. Jeszcze na takie specyfiki przyjdzie czas. Potrzebuję po prostu czegoś lekkiego  przyjemnego w użytkowaniu. Jeśli jeszcze zmniejszy śince to będzie super. :)
Ten produkt od AA spełnił moje oczekiwania w 100%. Nawilżył moją skórę pod oczami, dzięki czemu jest ona gładka w dotyku. Kwestię nawilżenie, o którym pisze producent mamy z głowy. 
Zostaje tylko "rozjaśnienie". Tutaj muszę się z tym zgodzić. Wcześniej, każdego poranka po średnio 6,5 godzinach snu, skóra pod oczami była lekko fioletowa, po prostu wyglądała na zmęczoną. Nie wyobrażałam sobie wyjścia z domu bez choćby najmniejszej ilości korektora. 
Teraz jest inaczej. :) Skóra po takiej słabo przespanej nocy wygląda o wiele lepiej. Nie przybiera już "zmęczonych" barw. Właściwie to nawet trochę oszczędzam, bo używam o wiele mniej korektora, a coraz częściej w ogóle. :) 
Jak dla mnie - bardzo dobry krem w przystępnej cenie (około 15 zł). Na pewno spodoba się osobom, które nie są zbyt wymagające. Dla innych może być niewystarczający. :)

A Wy czego używacie? Czy może jeszcze po takie specyfiki nie sięgacie? :)

Pozdrawiam, Fabryczna :)

środa, 29 stycznia 2014

Pomadka na rzęsy czy na usta?

Hej :) 
Jak widzicie, spięłam pośladki i usiadłam przed komputerem, by napisać dla Was coś nowego. Dodatkowym bodźcem, który skłonił mnie do stworzenia wpisu były nawet ładnie oświetlone zdjęcia (zasługa pięknego, niedzielnego dnia :)). Nawet pokusiłam się o zrobienie zdjęć ust do innego wpisu, ale okropnie widać na nich suche skórki, których dzisiaj już nie mam...
Tradycyjny wstęp zakończony i pora skupić się na dzisiejszym bohaterze, którym jest pomadka rumiankowa Alterra. 
Jak widzicie na zdjęciu, mam takie dwie. :) Obydwie ważą 4,8g i zostały wyprodukowane w Niemczech. Alterra to marka własna Rossmanna,więc tylko tam kupicie ten produkt. 
Opakowanie jest już lekko porysowane i starte, ale przeżyły już wiele (zawsze choć jedna jest przy mnie). Wcześniej jeszcze pomadki były zapakowane w kartonik, którego już dawno się pozbyłam. Jest na nim m.in. skład produktu. 
Pomadka nie zacina się przy odkręcaniu, a przy zamykaniu jej słychać "klik", co sugeruje nam, że produkt jest na 100% zamknięty. :) Napisy się nie zdarły, jedynie tak jak pisałam wcześniej, opakowanie delikatnie się porysowało. 
Sama pomadka jest dość miękka. Nie rozpuszcza się. Ma dość specyficzny zapach. Na pewno nie jest to rumianek. Podobno pachnie olejkiem rycynowym, ale żebym ja wiedziała jak to pachnie... Mimo wszystko zapach przypadł mi do gustu. :) 
W smaku też nie jest niestety obojętna.... Nadaje delikatny posmak, aczkolwiek mi nie przeszkadza. :)
Daje też delikatny połysk, dzięki któremu usta wyglądają na zadbane.
Pomadka przede wszystkim idealnie się wpasowuje w aktualnie panującą porę roku. Dzięki temu, że jest w sztyfcie można zabrać ją wszędzie i użyć ją kiedykolwiek poczujemy taką potrzebę. Bardzo dobrze nawilża i natłuszcza usta. Natychmiastowo przynosi ulgę. Efekt nawilżonych, miękkich ust pozostaje z nami bardzo długo. Często używam jej również na szminkę, która potrafi wysuszyć usta.
Aczkolwiek ten produkt ma jeszcze jedno zastosowanie. Można używać ją jako odżywkę do rzęs czy brwi. Stosowałam ją w tym celu i może rzęsy nie urosły, ale na pewno stały się bardziej czarne i gęstsze. Jednak zrezygnowałam z tego (= leń wygrał :D) i zostaję przy stosowaniu jej tylko na usta. 

Podsumowując, za 5 zł (na promocji dostaniecie ją za całe 3 zł) dostajemy bardzo dobry produkt z niezłym składem KLIK i świetnym działaniem. Bije na głowę mojego Carmexa (który w dziwny sposób wyparował...) i Blistexa (o nim kiedy indziej). Dostaniecie ją tylko i wyłącznie w Rossmannie. :)

A dla Was co jest niezbędnikiem jeśli chodzi o usta zimą? 

Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

niedziela, 26 stycznia 2014

Produkt do zadań specjalnych!

Hej :) 
Macie czasami tak, że po wstaniu z łóżka wasza cera wygląda źle albo przynajmniej poniżej normy? W pierwszej kolejności zazwyczaj chwytamy po żel do mycia twarzy czy krem. Potem przychodzi czas na makijaż, którym próbujemy z uporem maniaka ukryć wszystkie niedoróbki Matki Natury. Posiadaczki cer mieszanych i tłustych zapewne nie rozstają się z pudrem matującym. Ciężko jest znaleźć wśród tylu pozycji tej jedyny, dobry. Najlepiej jeśli nie zabijałby na "dzień dobry" ceną. A co powiecie na puder matujący marki Senique? Notabene produkowany jest przez firmę HEAN, którą wiele osób ceni. :)
Opakowanie jest plastikowe, zawiera 12 g pudru. Dostępny jest w 4 odcieniach. Posiadaczki bardzo jasnej karnacji będą zadowolone, bo nr 1 jest baaardzo jasny. 
Napisy z przedniej strony (to co widzicie na zdjęciach ma już pół roku!) nie wytarły się, za to tylna strona prezentuje się nieco gorzej. 
Samo otwarcie chodzi dobrze, ale musicie wiedzieć, że może się zdarzyć też tak... 
Aczkolwiek nie rozpaczam, ponieważ łatwo to z powrotem włożyć i jest wszystko cacy. :) 
Puder miał ładne żłobienie, ale się wytarło. Wtedy nie myślałam, żeby robić mu zdjęcie... :D 
Nie pachnie niczym szczególnym. 
Przy aplikowaniu go pędzlem lubi się trochę pylić, ale nie jest to bardzo uciążliwe. 
Jeśli chodzi o działanie... Najlepszy puder ever! Moją mieszaną cerę matuje na około 6-7 godzin bez żadnych poprawek! Szok w kaloszach dosłownie...:D Produkt ładnie stapia się ze skórą, nie daje efektu maski czy płaskiego matu. Mam wrażenie, że delikatnie kryje, jeśli go "wciśniemy-wklepiemy" pędzlem. 
Podsumowując (co stało się już chyba tradycją) - czasami lepiej wydać 4 zł na puder niż na cukierki, które tuczą. 
Dobra, a teraz tak na serio - naprawdę świetny produkt! Co prawda opakowanie pięknem nie grzeszy, ALE w moim odczuciu jest lepsze od pomadek Wibo Eliksir. :) Produkt dostaniecie TYLKO w Drogeriach Natura (marka własna). 

Ehhh... Długo mnie nie było. Przepraszam wszystkich, którym nie odpisałam - uwierzcie mi, w tym tygodniu dopiero 2 raz usiadłam przy komputerze, wcześniej sprawdzałam na bieżąco pocztę i udzielałam się na Wizażu tylko przy pomocy telefonu. Na Bloggera też wchodziłam, na niektóre Wasze blogi też, ale nie było czasu na komentowanie... Kajam się przed Wami, bo wiem, że zawaliłam. Mam nadzieję, że zbliżające ferie będą dobrym czasem, aby Wam to zadośćuczynić. 
I mała zmiana - teraz na komentarze odpisuję na moim blogu. :) Tak łatwiej będzie prowadzić konwersacje, ale to nie znaczy, że rezygnuję z odwiedzania Waszych blogów! :D

Karaluchy pod poduchy,
Fabryczna :)

środa, 30 października 2013

Ale plama! Na pewno nie z Blokerem!

Hej :)
Należą mi się baty i to takie duuuże. Tłumaczyć się nawet nie będę, ale zbliża się powoli koniec semestru, a mnie dosięgła niemoc. To tylko jesień, ale za to jaka wyjątkowa! I dość ciepła, więc produkt, który dzisiaj przedstawię też właściwie pasuje nawet do pogody, bo przecież latem też jest ciepło (a nawet upalnie o czym przekonaliśmy się w tym roku :)). Przedstawiam Ziaję Bloker! :)

Opakowanie typowe dla tego typu środków higieny, 60 mililitrów płynu w środku, a u góry kulka, która dobrze działa, nie zacina się. :)
Zapach nie jest przyjemny. Na szczęście nie utrzymuje się prawie wcale.
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że niestety szybko przyzwyczajam się do antyperspirantów/dezodorantów. Zazwyczaj pierwszy tydzień, dwa są świetne, żadnych plam, a potem nagle wszystko się kończy i przychodzi znowu zło w postaci plam. I tak w kółko... 
Bloker miał być moim ostatnim kołem ratunkowym zanim sięgnę po coś droższego... I dzięki temu produktowi zminimalizowałam swój problem prawie do zera. :) Aplikowałam zgodnie z opisem producenta, czyli przez 2,3 dni na noc, rano myłam pachy, nakładałam inny dezodorant/antyperspirant. Potem 3 dni odstępu i znowu. Z czasem robiłam sobie dłuższe przerwy. Próbowałam go nawet odstawić, ale wtedy problem po około 3 tygodniach wraca. Nie tak samo silny, ale wraca. 
Dużo dziewczyn skarżyło się na szczypanie pod pachami po użyciu Ziai. Na początku nic takiego mnie nie spotkało, ale co jakiś czas po aplikacji czułam dyskomfort. Po analizie doszłam do wniosku, że jeśli nałożymy Blokera za dużo to faktycznie będzie piekło. Jeśli nie przesadzimy z ilością jest OKEY. :) 
Raz zaaplikowałam go na podrażnioną skórę - głupota. NIGDY tego nie róbcie, bo czułam się jakby mi ktoś podpalił skórę. 
Wchłania się w miarę szybko, nie zostawia śladów i w 100% spełnia swoją rolę. Mogę zapomnieć o plamach pod pachami, przykrym zapachu czy innych nieprzyjemnościach. 
Najlepsze jest to, że kosztuje zaledwie 7 zł. Kupicie go praktycznie WSZĘDZIE. Moje małe odkrycie, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Jeśli borykacie się z problemem nadmiernej potliwości to poleeecam! :D 

Coś ciekawego się zdarzyło, gdy zrobiłam sobie mały urlop? Starałam się być na bieżąco z komentarzami itd., ale czasami nie wyrabiałam. 
Pozdrawiam, Fabryczna :*

poniedziałek, 7 października 2013

To jak to jest w końcu z tym Garnierem?

Hej :)
Już dawno temu obiecałam recenzję mojego ulubionego, jak do tej pory, toniku. Testuje go już naprawdę długo, dlatego mogę wystawić w pełni rzetelną opinię na temat Garniera Essentials toniku witaminowego z ekstraktem z winogron. 
Plasitkowa butelka o pojemności 200 ml fajnie wygląda na półce z kosmetykami. Szata graficzna dość prosta, ale zawiera wszystkie informacje jakie powinna. Produkt przeznaczony do cery normalnej i mieszanej, czyli w sam raz dla mnie i pewnie wielu z Was. :)
Zamknięcie jest świetne, na pewno sobie nie połamiecie paznokci. :) Sam otwór również prezentuje wysoki poziom (o ile można xD), bo nie wylewa się z niego za dużo produktu. Czyli można uznać, że opakowanie zasługuje na plus z mej strony. ;)
Nie wiem czy jest sens rozpisywać się nad konsystencją - płynna, bezbarwna, ale za to ładnie pachnąca :D Tak świeżo i owocowo - świetnie zaczyna się nim każdy poranek. :) 
Co do działania. Tonik świetnie oczyszcza, tonizuje oraz,co dla mnie jest niezmiernie ważne, nawilża jednocześnie nie zostawiając lepkiej warstwy, której większość z nas nie lubi. 
Zero uczucia ściągnięcia, przesuszenia czy zapchania. 
Niestety, pierwsze opakowanie toniku skończyło się szybko. Teraz mam wrażenie, ze "nauczyłam" się go używać i na dłużej mi starcza. 
Od strony finansowo-dostępowej jest też bardzo dobrze. Kosztuje około 13 zł, ale często jest w promocji za 8-10 zł. Znajdziecie go wszędzie, co jakiś czas pojawia się w Biedronce. 
Podsumowując jest to produkt, któremu można nadać tytuł " (prawie) idealnego". 
Warto po niego sięgnąć. :) 

Znacie jeszcze jakieś inne, dobre toniki? Po skończeniu drugiego opakowania mam ochotę na coś innego. :) 
Pozdrawiam, Fabryczna :*

Etykiety

-40% -49% #100happydays 20 twarzy... AA akcja Alterra Alverde ankieta astor Avon Babydream back to school Balea bardzo dobry Bath&Body Works baza pod cienie baza pod makijaż baza pod tusz BeautyBlender Bell Benefit Biedronka Bielenda Biolaven Organic Bioliq Biotanic bitwa Blistex blogerka kosmetyczna błyszczyki Boti Bourjois Boże Narodzenie bubel bzdety CandA Carmex Catrice Cetaphil cienie do powiek cień w kremie Cleanic Color Tattoo coś innego Czas Żniw Cztery Pory roku Czytelniczy zakamarek książkowy debiut demakijaż denko Dermika deser dłonie DM Dove dwufazowiec dzieciństwo Dzień babci i dziadka Dzień Dziecka ekobieca ekstrakt z banana emulsja EOS Epikbox Essence Eveline Evree Facebook Farmona FC Bayern film filmiki Fusswohl Garnier gazetka gąbeczka do makijażu genialny Gliceryna Golden Rose Green Pharmacy Hakuro HandM Healthy Mix hebe hydrolizat keratyny Hypoallergenic I<3Makeup idealny na lato informacja Inglot inne inne blogi Isana jedzenie Joannna John Green Joko kakao Kamill kamuflaż kino Kobo kolorówka korektor kosmetyczka kotek kredka do ust krem do rąk krem do stóp krem do twarzy krem pod oczy krzywe paznokcie lepiej nie patrzeć książka książka czy film kultura KWC L'biotica l'oreal lakier do paznokci Lirene lista lotion Lovely małe co nieco małe informacje Manhattan Marion maseczka masełka maska maska własnej roboty masło maxfactor Maybelline mgiełki Mikołajki mini-recenzje minti shop. Zoeva Miss Selene Miss Sporty Mizon mleczko pszczele Montagne Jeunesse mój pierwszy raz mus do ciała muzyka My Secret nagrody najlepsi z najlepszych Nakręćmy się na wiosnę Natura Natura Siberica nic Niebanalne podsumowanie Nivea nowa kolekcja nowe książki nowy wygląd o mnie odkrycie roku odżywka odżywka do rzęs odżywka w sprayu olejek olejek do włosów ołtfit Organic Shop Organique Oriflame Original Source Orly Orsay OSZUSTKA P2 Pantene paznokcie Paznokciowy Team peeling Pepco Perfecta pędzle pianka do mycia ciała piaskowy pielęgnacja pielęgnacja twarzy pielęgnacja włosów Pierre Rene Pilomax płyn micelarny po raz drugi Podaruj Paczkę podkład podsumowanie pomadka porównanie postanowienie powitanie Poznaj Fabryczną! prawie debiut prezent promocja promocje przesyłki puder recenzja recenzja książki rimmel Rival de Loop Rossmann rozdanie rozświetlacz różne sally hansen Samantha Shannon saszetka Schauma Sekret Urody Sensique Serum siemię lniane słodycze Soraya stopy Super-Pharm Synergen szablon szampon szminka Święta Tag taka radość że hoho tanie a dobre The Body Shop The Sims 4 The Versatile Blogger Tkmaxx Tołpa ToniandGuy tonik tort tusz do rzęs Tutti Frutti twarz ubrania ulubieńcy roku ulubiona książka ulubione blogi ulubiony produkt Under20 urodziny Wet N Wild Wibo włosowe zdjęcia włosy wow zdążyłam na czas wszystko co lubię wycofywane produkty wygrana wyniki wysuszacz do paznokci/lakieru wyzwanie wzorek Yoskine YouTube Yves Rocher z życia wzięte zabawy zakupy zapowiedź zdobienie zestawienie Ziaja Zoeva żel do mycia twarzy żel pod prysznic życzenia
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka